Ekwador
2010-08-31

Atención 24 horas

Riobamba, 4 sierpnia 2010

Po szaleńczej jeździe autobusem docieramy na wybrzeże, do największego miasta Ekwadoru, Guayaquil. Jest już wieczór, a nas uderza tropikalny żar. Stajemy przed hostelem „Mar del Plata”. Drzwi otwiera nam sprzątaczka, której obecność w pracy o tej godzinie nieco mnie zastanawia. Michał idzie na górę obejrzeć pokój. Ja pilnuję plecaków i rozglądam się po wnętrzu holu. Na ścianie wisi obraz nagiej pary zamarłej w uścisku. Kubistyczna kompozycja sprawia, że na pierwszy plan wysuwa się ogromna dłoń mężczyzny. Zaraz obok wisi kobiecy akt, również złożony z geometrycznych figur. Jeden sutek sterczy do góry, drugi opada w dół. Niezła kolekcja myślę sobie, przyglądając się reprodukcjom prac Guayasamína, najznakomitszego ekwadorskiego artysty tworzącego w stylu indigenista (indigena znaczy po hiszpańsku tubylec). Zaraz potem, tuż nad schodami prowadzącymi do pokojów zawieszam wzrok na realistycznym portrecie Chrystusa. Tu barokowa szkoła quiteńska. Zastanawiam się, czemu ma zamknięte oczy.

Michał macha z góry ręką, to znaczy, że zostajemy. Wchodzę do bardzo czystego pokoju z prywatna łazienką. Na ogromnym łóżku jest tylko jedna poduszka. Hmmm… Chcę zapalić światło, ale zamiast tego po włączeniu pstryczka pokój wypełnia głośna muzyka. Ta sama, która, nieco przytłumiona, dochodzi z innych pokoi. Teraz leci romantyczna bachata w wykonaniu królów gatunku „Aventura”, za chwilę przyspieszenie, reguetón. Hmmm… Na szczęście noc upływa dość spokojnie, z sąsiednich pokojów dobiega tylko wyciszona muzyka i to ten sam utwór, nadawany z recepcji więc zamiast kakofonii mamy efekt stereo. W pokoju nad nami co prawda trzy razy zmieniają się goście hotelowi, ale o ich obecności przypomina nam tylko szuranie przesuwanego łóżka. To sprzątaczka, szykuje lokum dla następnych zakochanych. Teraz rozumiem napis widniejący przy każdym hostelu w centrum Guayaquil: „Atención 24 horas”.

Nie jesteśmy specjalnie zdziwieni. W Ameryce Południowej podobnie zresztą jak na przykład w Japonii, podobne „domy miłości” są niezwykle popularne. W tropikalnym klimacie Guayaquil ludzie żyją miłością. Dziewczyny rzucają zalotne spojrzenia spod sztucznych, długich rzęs. Mężczyźni mierzą kobiety od stóp do głów.

Głośno było nie tylko w naszym „hotelu miłości” i w autobusach. Muzyka ryczy z każdego sklepu, restauracji, baru. Ekwadorczycy mają nie tylko telefony komórkowe wyposażone w specjalne nagłośnienie, w modzie są przenośne niewielkie głośniki, do których wtyka się swoje USB. Choć w społeczeństwie są także tradycjonaliści, którzy wciąż chodzą ze starymi magnetofonami na ramieniu. Nawet na nowoczesnych, zamkniętych przystankach ekspresowych trolejbusów, obok ikony zakazującej wnoszenie na przystanek napojów, jedzenia, wprowadzania psów i śmiecenia, jest zakaz słuchania muzyki.

Okazuje się, że głośno jest także w zwykłych blokach mieszkalnych, o czym przekonujemy się mieszkając u Marwina, trzydziestosześcioletniego, przemiłego kawalera, naszego kolejnego couchsurfingowego gospodarza. Marwin wynajmuje duże mieszkanie w centrum miasta, jest uzależniony od telezakupów, napisał ostatnio książkę o motywacji i świetnie gotuje. Domy są tu przewiewne, ażurowe, niosą echo, niosą wieść, rozpraszają myśl, burzą spokój. Na początku, bo potem człowiek się już przyzwyczaja do tej formy współżycia z otoczeniem, wtapia się w tą dźwiękową rzeczywistość. Przyzwyczaja się, że bez ustanku towarzyszą mu dźwięki, głosy, że nigdy nie jest sam. I tak wsiada na dźwiękową karuzelę: płacz niemowlęca, szepty, awantura, pralka, odkurzacz, pasillo, film akcji, wiadomości, płacz niemowlęcia, szepty, awantura…

Guayaquil, podobnie jak Cuenca, jest miastem wyklejanką. Monumentalne, stylizowane, pompatyczne budynki neoklasycystyczne, inspirowane stylem włoskim, neobarokowe pałace zaprojektowane przez francuskie sławy architektury, socjalistyczne bloki i nowoczesne, minimalistyczne konstrukcje jak Malecón, który w 2000 roku zmienił zupełni charakter miasta, czyniąc go bardzo nowoczesnym. Promenada długości sześciu kilometrów w weekendy przyciąga tłumy mieszkańców, którzy całymi rodzinami spacerują nad rzeką. Miasto jest doskonale zarządzane, zgarnia nagrody w różnych kategoriach i jest stawiane za wzór zarządzania wielu liderom, burmistrzom, politykom z całej Ameryki Południowej. W oddali rysuje się niezwykłe wzgórze szczelnie pokryte kolorowymi budynkami. W promieniach zachodzącego słońca przypomina sycylijskie miasteczko. To Las Peńas, dziś tłumnie odwiedzane rzez turystów wzgórze, które niegdyś pełne było pogrążonych w ruinie domów, gdzie mieszkała biedota Guayaquil. Lubiany i prężny prezydent miasta kazał odnowić każdy jeden budynek. W dzień pokonuje się tu 450 schodków, aby stanąć w punkcie widokowym, w nocy wzgórze zamienia się jedną wielką imprezownię. W Parku Boliwara wygrzewają się w słońcu żyjące tu dziko iguany. Marwin zaciąga nas do neogotyckiej katedry górującej nad parkiem i żartując dodaje, że przychodzi tu oglądać mecze piłki nożnej. Żart staje się jasny dopiero, gdy wchodzimy do niezwykle wytwornego, wyłożonego marmurami wnętrza, w którym wiszą ogromne telewizory plazmowe. Marwin jest lokalnym patriotą niezwykle dumnym ze swojego nowoczesnego miasta.

Tak naprawdę do Gyayaquil przyjechaliśmy głównie po to, aby złapać samolot last-minute na Wyspy Galapagos. Mieliśmy nadzieję, że uda się wskoczyć na pokład w ostatniej chwili z waiting list. Niestety, nie udało się. Po całodziennym koczowaniu na lotnisku wróciliśmy z tuzinem kanapek z powrotem do mieszkania Marwina.

Kolejnego dnia ruszyliśmy do Riobamba, gdzie pojechaliśmy specjalnie, żeby przejechać się legendarnym pociągiem po zapierającej dech w piersiach andyjskiej okolicy „Nariz del Diablo”. A tam wiadomość, że trasa jest w remoncie i co najwyżej możemy przejechać jej pierwszy odcinek i to autobusem na szynach i z szoferem w czapce maszynisty. Jednym słowem, niezła ściema. Ale skoro już jesteśmy w nieciekawej Riobambie, która deszczowym klimatem i chaotyczną architekturą przypomina nieco polskie prowincjonalne miasta, to postanowiliśmy dołączyć do grupki turystów, która jadąc autobusem wyobraża sobie stary zabytkowy pociąg.

Pocieszeniem był przystanek w tradycyjnej Guamote, która wyrosła wzdłuż torów łączących stolicę z portowym Guayaquil. Wmieszaliśmy się w tłum wieśniaków w ponczach o żywych kolorach i myśliwskich kapeluszach z papuzim piórkiem. Na targu skusiliśmy się na pieczone prosię, które sprzedawane w postaci porcji wieprzowiny z pieczonymi ziarnami kukurydzy i plastrami zielonych smażonych bananów, jest niezwykle popularnym daniem ulicznym w Ekwadorze. W raz z upływem dnia mogliśmy zobaczyć, jak prosiak znika w oczach, kawałek po kawałku, od ogona aż po pysk.

Po powrocie do Riobamby idziemy do naszego hostelu. Tu znów Chrystus na ścianie, tym razem z otwartymi, błękitnymi, dobrotliwymi oczami. Noc będzie spokojna.

Agi

W mieście Guayaquil jest Parque de Simon Bolivar a w tym parku mieszkają dziesiątki iguan. W ciągu dnia chodzą po trawie a w nocy siedzą na gałęziach drzew a ich ogony zwisają niczym liany.

W mieście Guayaquil jest Parque de Simon Bolivar a w tym parku mieszkają dziesiątki iguan. W ciągu dnia chodzą po trawie a w nocy siedzą na gałęziach drzew a ich ogony zwisają niczym liany.

Amor a lo latino.

Amor a lo latino.

Las Peñas.

Las Peñas..

Malecón 2000, wizytówka miasta.

Malecón 2000, wizytówka miasta.

Marwin i Michał.

Marwin i Michał.

Palmira, ostatnia stacja autobusu na szynach.

Palmira, ostatnia stacja autobusu na szynach.

Obiad w Guamote.

Obiad w Guamote.

Tajemnicza ręka.

Tajemnicza ręka.

Najstarszy kościół w Ekadorze. A w tle wulkan Chimborazo.

Najstarszy kościół w Ekadorze. A w tle wulkan Chimborazo.

2010-08-30

W stronę równika

Cuenca, 29 lipca 2010

Nadszedł czas, aby ruszyć w dalszą drogę. W stosunku do początkowych planów podróży, mieliśmy jakieś trzy miesiące opóźnienia i chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w Ekwadorze. Jednak na drodze stało Peru, trzeci co do wielkości kraj Ameryki Południowej. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się znaleźć tani lot do Guayaquil, ale niestety, byliśmy skazani na podróż lądem.

Przez trzy długie dni przejechaliśmy autobusami prawie 3000 km. Z Cuzco do Limy, następnie z Limy do Tumbes. Z Tumbes do Aguas Verdes a stamtąd lokalnym transportem do Huaquillas, po stronie ekwadorskiej. Potem kolejnym autobusem do miejscowości Cuenca, w ekwadorskich Andach. Dotarliśmy tam o drugiej w nocy i rzuciliśmy się nieprzytomni na łóżko. Monotonne godziny spędzone w peruwiańskich autobusach nie byłyby może takie straszne gdyby nie filmy „umilające” podróżnym czas. Głośnik bez przerwy dudniący nad głową sprawiał, że nie słyszałem własnych myśli. Poziom dźwięku był dużo za wysoki jak na nasze uszy, ale innym podróżnym zdawał się zupełnie nie przeszkadzać. Filmy leciały jeden za drugim, naliczyliśmy siedem pod rząd w ciągu tego samego dnia. Trzy o Bogu, jeden o psychopatycznym mordercy, jeden o pedofilii, jeden o człowieku-maszynie do zabijania i idiotyczna komedia o futbolu amerykańskim. Doskonały wybór. Pozostali podróżni pokornie patrzyli w ekran z takim samym zainteresowaniem przez cały czas. A jak im się znudziło zasypiali, tak jakby film był niemy. Nam pozostawało jedynie patrzenie za okno na suchy, niegościnny krajobraz peruwiańskiego wybrzeża, wzdłuż którego zbudowano Panamericanę. Ameryka Południowa to najgłośniejszy kontynent. Podobno nawet telefony komórkowe na rynek latynoski mają większa moc głośników. A jechaliśmy do najgłośniejszego kraju najgłośniejszego kontynentu, o czym mieliśmy się wkrótce przekonać.

Od lądowania w Santiago de Chile minęły prawie trzy miesiące. Przez ten czas przemierzyliśmy tysiące kilometrów amerykańskiego kontynentu. Ciekawe że każdy z tych krajów wypracował własny, autorski sposób podróżowania autobusem. W Chile rejsy autokarowe są nudne, przypominają podróż PKS-em z tym że autobusy są dużo lepsze, a kursy odbywają się niezwykle punktualnie. W Argentynie autobusy to niemalże hotele na kółkach. Wygodne, rozkładane prawie na długość łóżka, szerokie fotele z miękkimi oparciami. Na pokładzie tych dwupiętrowych gigantów serwuje się śniadania i obiady, obsługa roznosi kawę i herbatę, na tyle jest toaleta. Nigdy się nie zatrzymują po drodze. Z kolei w Brazylii prawo zabrania cateringu wewnątrz autobusu, więc na długich dystansach podróżnicy stołują się w przydrożnych jadłodajniach. Same autobusy nie są tak wygodne jak w Argentynie, jedyne co mają z nimi wspólnego to równie drogie bilety. W Boliwii zaś każda podróż autobusem to wyzwanie, chociaż pojazdy są lepsze z roku na rok. Często przez wiele godzin jedzie się po ubitej ziemi, bo nie ma asfaltu, sunąc przez andyjski płaskowyż razem z otulonymi w poncho tubylcami. Kierowca sprzedaje na lewo bilety więc cały pokład jest zapchany, niektórzy leżą na podłodze, nawet w toalecie i na schodkach ktoś podróżuje. Drzwi do szoferki są zamknięte, bywa, że kierowca nie zatrzymuje się nawet jak ktoś wymiotuje. Taka podróż to wyzwanie dla wrażliwych nosów. Natomiast peruwiańskie autokary są imitacją argentyńskich, luksusowych rejsów. Niby piętrowe, ale ciasno. Niby obiad w cenie biletu, ale w plastikowym pudełku jest biały ryż i kość kurczaka. O torturowaniu filmami już wspominałem.

Byliśmy więc ciekawi czym charakteryzuje się autobus ekwadorski i bardzo szybko się przekonaliśmy. To był nasz pierwszy autobus w tym kraju. Zmierzchało już, gdy wyjechaliśmy z Huaquillas. Mistrz kierownicy Smokey, Sandra Bullock w „Speed”, kierowca taksówki z filmów Luca Besson, to wszystko żółwie w porównaniu z licencjonowanym kierowcą autobusu w Ekwadorze. Rzucało nami na wszystkie strony, bagaże spadały z półek ponad naszymi głowami. Mimo że droga kręta, mimo że jedziemy pod górę, wspinając się (który to już raz) w Andach, mimo że noc i ciemno a droga wąska, kierowca ma swoją taktykę, to ekwadorska szkoła jazdy. Na zakrętach przyspieszać, sprawdzając przyczepność opon. Hamować dopiero w ostatniej chwili. Prowadzić „dynamicznie”, po męsku, jak prawdziwy macho.

Tak właśnie w rytmie cumbii, salsy i merengue dotarliśmy do Cuenki. Miasto słynie z wysokiego poziomu życia ( w porównaniu do reszty kraju) oraz kolonialnych zabytków. Mieszkańcy uważają, że jest piękniejsze od Quito i są bardzo drażliwi, jeżeli ktoś to podważa. Moją uwagę zwróciło jednak coś innego: Ekwador, w porównaniu z Peru czy Boliwią wygląda na bardzo nowocześnie zarządzany kraj. Zadbana mała architektura miejska, nowoczesne oznakowanie ulic, rozwinięta infrastruktura turystyczna, reklamy społeczne, inwestycje publiczne, odrestaurowane zabytki, galerie sztuki i muzea, do których wstęp jest darmowy, aby jak najwięcej ludzi obcowało z kulturą, jarmarki zdrowej żywności. Nie po raz pierwszy podczas naszej podróży dookoła świata przychodzi mi na myśl, że w naszym kraju wielu ludzi uważa Amerykę Południową za kontynent bananowych republik podczas gdy miasta Ekwadoru albo Brazylii wypadają dużo lepiej od polskich, jeżeli chodzi o wygląd dworców kolejowych, lotnisk czy stacji autobusów.

Michał

Cuenca jest dziwnym, synkretycznym i nieuporządkowanym miastem, choć ma swój niezaprzeczalny urok. Różowo-żółty marmur gmachu Sądu Najwyższego, skromna, rustykalna, niebiesko-biała stara katedra i monumentalna nowa katedra z czeską ceramiką, zdobiącą krągłe kopuły graniastego dachu. Nieopodal na Plaza Carmen codziennie zbierają się kwiaciarki sprzedające skarb narodowy, dorodne, ogromne, piękne pąki ekwadorskich róż. Nad rozkopanymi ulicami (cały kraj jest w przebudowie, modernizacji) wznoszą się jarmarczno-amerykańskie pałacyki, skromne budynki mieszkalne, barokowe kamienice. Pstrokate kolory, bogato zdobione okna i portale przywodzą na myśl tort urodzinowy. Przez miasto przebiega rzeka, nad którą wznoszą się łagodne, zielone wzgórza przypominające nieco krajobraz Słowacji. Niebo nieustannie zasnute jest niskimi chmurami. Ulicami przemykają od czasu do czasu tradycyjnie ubrane kobiety, które przyciągają uwagę swoimi jaskrawymi, choć prostymi w formie wełnianymi ponczami i długimi spódnicami. Niezwykle ważną częścią garderoby w Ekwadorze są kapelusze. Tutaj, często można ujrzeć te rozsławione w świecie, czyli panamskie, których nazwa często sprawia, że świat zapomina, że pochodzą właśnie z Ekwadoru. Swoją popularność zyskały podczas budowy Kanału Panamskiego, gdy chroniły robotników przed słonecznym żarem. Zauważone przez kupców, rozeszły się po świecie zyskując ogromną popularność. Na początku XX wieku były synonimem elegancji i luksusu, w swej kolekcji miał je każdy szanujący się biznesmen czy światowy dżentelmen. Dobry kapelusz panamski już w latach 50. potrafił kosztować fortunę (nawet do 400$). Dziś najlepsze kapelusze wykonuje się na wybrzeżu, w stanie Esmeraldas, gdzie z pokolenia na pokolenie kobiety dziedziczą fach. Najcenniejsze plecione są ze słomy pędów palmy toquilla, które są uformowanymi, ale jeszcze nie wyrośniętymi liśćmi. Zdobyte w dżungli pędy dostarczane są na wybrzeże, gdzie sprawne ręce plotą kapelusz nawet do 90 godzin, i to tylko o odpowiednich porach dnia, o świcie tuż przed wschodem słońca, oraz wieczorem tuż po zachodzie. Wtedy temperatura i wilgotność powietrza są najbardziej sprzyjające a wyplataczowi nie pocą się ręce. Następnie w wiosce zjawia się kupiec, który godzinami ogląda i studiuje dany kapelusze, aby wybrać te najbardziej perfekcyjne. Kapelusze panamskie w tej formie trafiają następnie do Cuenki i do innych miast, gdzie poddawane są procesowi wykończenia. Potem wysyłane są w świat albo lądują na głowach turystów.

Agi

Okolice Plaza del Carmen.

Okolice Plaza del Carmen.

La Catedral Nueva w Cuence.

La Catedral Nueva w Cuence.

Kapelusze panamskie z Ekwadoru.

Kapelusze panamskie z Ekwadoru.

4

Przymierzalnia w sklepie z sombreros.

Przymierzalnia w sklepie z sombreros.

6

Mercado de Flores.

Mercado de Flores.

11

12

Peru
2010-08-27

Bliżej nieba, bliżej słońca

Cuzco, 25 lipca 2010

W 1959 roku, podczas swojej legendarnej, pięcioletniej podróży dżipem przez obie Ameryki, Tony Halik zatrzymał się z żoną Pierette w Machu Picchu. Każdego dnia o świcie przechadzał się między mistycznymi ruinami zapomnianego miasta, pośród porannej mgły albo nocami przy świetle księżyca i wyobrażał sobie jak żyli tutaj dawni Inkowie. Wokół niego wznosiły się milczące góry a ciszę zakłócał jedynie krzyk orła albo kondora. Polski podróżnik rozbił namiot w miejscu, gdzie kiedyś stał pałac księżniczki i bez przeszkód filmował niezwykłe ruiny. Byli sami, gdyż do najbliżej osady, Aguas Calientes, pociąg dojeżdżał jedynie raz w tygodniu a turystów było niewielu.

Od tamtego, zdawałoby się jeszcze wcale nieodległego czasu, bardzo dużo się zmieniło. Dzisiaj Machu Picchu szturmowane jest codziennie przez setki osób, od wczesnego ranka praktycznie aż do zmroku. Aby wejść do inkaskiego miasta trzeba przejść przez bramki jak w metrze a później lawirować pomiędzy wycieczkami z przewodnikiem. O tłoku na słynnym Inca Trail, czyli na kilkudniowym górskim szlaku, którego metą jest Machu Picchu, wytyczonym wzdłuż dawnej inkaskiej arterii komunikacyjnej biegnącej przez szczyty Andów już nie wspomnę. Żeby móc go przejść trzeba zapłacić grube pieniądze oraz wpisać się na listę z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Ale najgorsze jest to, że komercjalizacja miejsca doprowadziła do absurdalnych kosztów odwiedzenia Machu Picchu, przynajmniej z punktu widzenia backpackersa. Do Aguas Calientes jedzie się pociągiem. Tory wybudowała brytyjska firma, która teraz obsługuje połączenie. Agencje turystyczne z Cuzco rezerwują wszystkie miejsca, więc kupno biletu z dnia na dzień graniczy z cudem, oczywiście te najtańsze zawsze są wyprzedane. Od agencji nie można kupić samego biletu, trzeba kupić cały pakiecik turystyczny. Do Aguas Calientes można też próbować dotrzeć z drugiej strony doliny, ale zajmuje to dwa dni (dwa lokalne autobusy przez góry, przeprawa w koszu na linie w poprzek doliny oraz pięć godzin marszu wzdłuż nieczynnej trakcji kolejowej). Niestety nie mamy aż tyle czasu, Cuzco od początku miało być jedynie krótkim przystankiem na drodze do Ekwadoru, a i tak jak zwykle zasiedzieliśmy się dłużej niż planowaliśmy.

Najtańszy bilet w obie strony jaki udaje mi się zdobyć bezpośrednio na dworcu kosztuje 120 dolarów amerykańskich. Jest to cena za podróż najniższą klasą, w klasie luksusowej zwanej Hiram Bingham, od imienia odkrywcy Machu Picchu, bilet w jedną stronę kosztuje ponad 250 USD. Ale z powodu obsunięcia się ziemi pociąg nie jeździ z Cuzco do odwołania i odjeżdża dopiero z Ollantaytambo, dawnego inkaskiego miasta, które znajduje się w połowie drogi do Machu Picchu. A do Ollantaytambo też trzeba dojechać. Biorąc pod uwagę, że z Cuzco do Ollantaytambo jedzie się dwie godziny autobusem a cała trasa, którą podróżni pokonują w pociągu to zaledwie 42 km, cena jest horrendalna. Gdyby nie pośpiech, na pewno poszedłbym na piechotę.

Początkowo złorzeczę więc na komercjalizację, globalizację i zamożne społeczeństwa zachodu, które windują ceny w teoretycznie tanich krajach jak np. Peru, ale szybko o tym zapominam. Wczesnym rankiem wysiadam z autobusu w Ollantaytambo. Stoję na kobaltowym bruku, pośród kamiennych domów. Ulica jest częścią dawnego miasta inkaskiego i „bruk”, pamięta jeszcze czasy świetności imperium. Słońce wychodzi zza szczytów And, oświetlając przeciwległe stoki, na których górują ruiny dawnej fortecy strzegącej miasta. Tarasowa, kamienna budowla intryguje swoją odmiennością, jest tak różna od warowni średniowiecza. Czuję, że jadę na spotkanie nieznanego.

Agi została w Cuzco, ale do Machu Picchu nie jadę sam. To było jeszcze po boliwijskiej stronie Jeziora Titicaca. Wsiadamy do busa, który przewozi gringos przez granicę, już jest noc, w busie ciemno i tłoczno. Jedyne światło to czołówka na czole blondyna z fryzurą, która na pierwszy rzut oka wygląda jak kozacki osełedec. Rozmawiamy z Agi o konieczności wypełnienia formularza emigracyjnego przed wjazdem do Peru. Nagle kozak odzywa się po polsku, bez śladu zaporoskiego akcentu. Tak poznaliśmy Tomka, z którym przez kilka dni imprezowaliśmy w Cuzco i z którym włóczyłem się po Machu Picchu. Dowiedziałem się też o istnieniu nowego zawodu. Tomek jest obserwatorem rybackim na statkach pływających pod najróżniejszymi banderami. Co roku przez kilka miesięcy pływa po wodach południowego Pacyfiku, bacznie opisując łowione ryby i pilnując, aby dochowano wszelkich norm właściwych przy połowie. Gdy praca się kończy, robi sobie wakacje w Ameryce Południowej. Z wykształcenia jest ichtiologiem, ale pasjonują go chyba wszystkie zwierzęta i rośliny. Wskakuje do zimnej wody Titicaca po to żeby łapać endemiczne ryby i żaby. Jak mi tłumaczy, ta żaba jest niesamowita, oddycha przez skórę i nigdy nie wypływa na powierzchnię. Tylko ona tak umie. W plecaku Tomek wiezie różne czaszki, butelki z rybami i żabami, zalanymi spirytusem, żeby się nie zepsuły. Planuje także kupić kilka przygotowanych do pieczenia świnek morskich, żeby po powrocie do Polski zjeść z rodziną. Jego dom to istne muzeum kuriozalnych znalezisk z całego świata. Z wizyty na Szpicbergenie przywiózł między innymi kilka litrów sprasowanego lodu z lodowca, który do dziś używany jest przez domowników na specjalne okazje. Tomek dodaje, że jest to lód wyjątkowy, za drinki z nim, w ekskluzywnych klubach Japonii, goście płacą ponad sto dolarów. Wierzę. Tomek, jest też odkrywcą nieopisanego dotąd gatunku rekina, którego wyłowił na statku podczas pracy i właśnie zastanawia się nad nazwą, gdyż pierwsza wymyślona przez niego, trafnie oddająca niezwykłe właściwości ryby – światłodupiec – raczej nie zostanie zaaprobowana przez międzynarodowe gremium.

Już kilkugodzinna wspinaczka do Machu Picchu z Aguas Calientes jest przeżyciem. Zielone góry okalające zewsząd miejsce, w którym Inkowie wybudowali swoje sekretne miasto, przywodzą na myśl krajobrazy żywcem wyjęte z „Zaginionego Świata” Artura Doyle’a. Ciągną się po horyzont, żadnych śladów cywilizacji, nie licząc dymów z Aguas Calientes. Budowa całego miasta na takiej wysokości i w takich ostępach była szalonym pomysłem.

Od strony Aguas Calientes, nie widać żadnego śladu miasta. Dopiero gdy wspinam się na górę i idę skalną ścieżką, podchodząc niemalże pod same bramy, dopiero wtedy zauważam miasto. Nie wchodzę jednak w obręb murów, najpierw chcę je całe ogarnąć wzrokiem, zapoznać się z topografią i nasycić oczy niezwykłym widokiem. Wspinam się do kamiennej strażnicy stojącej na pagórku. W tym miejscu pełnił wartę Strażnik Skały Pogrzebowej, który również obserwował bacznie okolicę, strzegąc miasta przed niebezpieczeństwem. Spędzam tam pół godziny nie mogąc oderwać wzroku. Jak to możliwe, że Inkowie, którzy nie znali nawet koła, nie znali żelaza (tylko brąz) ani narzędzi murarskich, zdołali zbudować, spoić, ociosać a przede wszystkim przetransportować kamienne bloki. Miasto leży na dosyć wąskim grzbiecie, pomiędzy dwiema wyższymi górami, Huayana Picchu i Machu Picchu. Prowadzą do niego wąskie ścieżki zakończone mostami zwodzonymi nad przepaścią. Daleko w dole widać rzekę Urubamba. Codzienne mgły, które otulają ruiny o świecie rodzą się właśnie w dolinie tej rzeki.

Jestem na wysokości 2430 m n.p.m., słońce jest niezwykle silne, całe miasto jest w nim skąpane. Według historyków, jednym z powodów, dla którego miasto powstało tak wysoko, było pragnienie znalezienia się bliżej Inti, Boga Słońca. W Świątyni Słońca kapłani zbierali się przed wschodem, aby oddać cześć najważniejszemu bóstwu. A promienie wschodzącej kuli ślizgały się po dachach miasta, tarasach, na których uprawiano quinuę i kilkanaście odmian kukurydzy, wpełzały do wnętrza świątyni. Wyobrażam sobie, że wszyscy mieszkańcy zamierali na chwilę, odrywali się od swych codziennych zajęć, oddając w duchu cześć boskiemu Inti i dziękując mu za kolejny dzień. Nawet chaski, posłańcy inkascy przemierzający zakątki imperium sięgającego od południowej Kolumbii po dzisiejszą Argentynę i Chile, zatrzymywali się, skłaniając w stronę słońca. W Machu Picchu mieszkała inkaska arystokracja i kapłani. Nic dziwnego, że chcieli żyć jak najbliżej słońca. Jak najbliżej nieba.

Michał

Pociąg do Aguas Calientes.

Pociąg do Aguas Calientes.

XX
Tomek i jeden z fotografowanych przez niego okazów. Tym razem flora, nie fauna, ale entuzjazm ten sam.

Tomek i jeden z fotografowanych przez niego okazów. Tym razem flora, nie fauna, ale entuzjazm ten sam.

5

Machu Picchu.

W tle góra Huayana Picchu.

7

8

2010-08-12

Gra w kolory

Cuzco, 24 lipca 2010

Siedzi Jezus Chrystus, siedzi dwunastu Apostołów. Jezus trzyma w dłoni pajdę chleba. Na dość pustym stole rozrzucone są owoce, stoją puchary z winem, a na samym środku białego odświętnego obrusu stoi srebrny półmisek. Na nim pieczona świnka morska z wystawionymi przednimi zębami, gotowa do Ostatniej Wieczerzy. Tą scenę można obejrzeć na freskach katedry w Cuzco. Podobne danie można ujrzeć na wielu peruwiańskich stołach podczas niedzielnych i świątecznych obiadów. Mięso jest niezwykle delikatne, a przypieczona skórka stanowi prawdziwy rarytas.

Oparliśmy się za to koktajlowi z żaby. Coś w środku po prostu krzyczało „Nie!”. Ale „Tak” mówi wielu mieszkańców Peru, szczególnie mężczyzn. Nic prostszego. Rano, w drodze do pracy, wstępuje się na rynek i „Dos ranas por favor” (Dwie żaby proszę.), potem do kawiarni. Kelner zdziera z nich skórę, a następnie z bananem i odrobiną miodu wrzuca je do sokowirówki. Dwie minuty i eliksir gotowy. Pewien kierowca busika zasypiając za kierownicą zapewniał Michała, że pije taki codziennie, co wspomaga koncentrację. Do starej Indianki sprzedającej żaby i ogromne czarne larwy na Mercado Central podchodzi młoda dziewczyna, prosi o trzy żaby. Sprzedawczyni podaje jej zakup w foliowym woreczku. Zagaduję dziewczynę. Obie wybuchamy śmiechem gdy dowiaduję się, że dziewczyna potrzebuje płazów na lekcję anatomii.

Stara Indianka sprzedaje żaby w sektorze kukurydzianym. W Peru jest około 50 odmian kukurydzy, w wielu kolorach i kształtach. Jest ona komponentem niemal każdego peruwiańskiego dania. Nawet pita tu w postaci kompotu chicha morada sporządzona jest na bazie purpurowej odmiany. Nie wspomnę już o chicha, czyli fermentowanym soku z kukurydzy, przyrządzanym już za czasów inkaskich, który do dnia dzisiejszego cieszy się ogromną popularnością podczas fiest. Niegdyś kukurydze na chiche przeżuwały szczerbate kobiety, dziś produkuje się go bardziej higienicznie, choć podobnie jak niegdyś zwala z nóg. Chicha kosi całe wsie.

Cuzco, pępek świata, byłe centrum dowodzenia Imperium Inkaskiego, stolica Świętej Doliny. W XVI w. zdobyte przez Pizzaro, stało się następnie perłą architektury kolonialnej. Miasteczko jak ze snu. Wypieszczone, spójne i zjawiskowo wręcz piękne. Niby kolorowe Cuzco, w rzeczywistości jest biało czarne. Słońce prowadzi tu codzienną grę w kolory. Ta sama strona ulicy, która przed południem pogrążona jest w ciemnościach, po południu rozpala się mocnym andyjskim słońcem. Za pomocą jednego kroku można przejść z zimnego mroku w świat jasności i ciepła. Mnie przez miasto prowadzi słońce, wyznacza moje ścieżki. Cienie omijam dalekim łukiem. Niewiele jest rzeczy przyjemniejszych na świecie niż wystawić twarz ku słońcu na zatłoczonej Plaza de Armas. Tutaj, podobnie jak na setkach innych placów Ameryki Łacińskiej przychodzi się, aby nic nie robić, aby siedzieć i absorbować promienie, ciepło. Czasami zjeść kolorową galaretkę z bitą śmietaną lub dać wyczyścić sobie buty, ale najczęściej po nic. Dla rozrywki można zamienić kilka słów z nieznajomym, odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech i to wszystko. Czasami myślę sobie, że w Europie też przydałyby się takie place. Place na które ludzie przychodziliby tylko po słońce. Patrząc na tutejsze słońce nabiera dla mnie sensu nabożny szacunek jakim Inkowie obdarzali Inti. W Cuzco jest coś jeszcze. Coś, czego człowiek w pierwszej chwili nie jest w stanie zdefiniować. Unosząca się w powietrzu energia. To powiew wiosennego powietrza, zapowiedź pozytywnej zmiany, odrodzenia i radości.

Dla mnie jest to miejsce zupełnie specjalne, mój pierwszy dłuższy kontakt z Ameryką Południową, rodzina z którą się zżyłam, przyjaciele, romanse, imprezy do rana. Nie zapomnę nigdy widoku Plaza de Armas widzianego rankiem z małego okna klubu „Mythology”. Najpierw cały plac się rozjaśnia, potem padają pierwsze promienie słońca, od tyłu przebijają ażurową dzwonnicę monumentalnej, szerokiej katedry. Powoli rozchodzą się drobni sprzedawcy gum do żucia, cukierków i papierosów na sztuki, którzy pracowali na nocną zmianę skupiając się jak ćmy przy rozstawionych po kątach placu klubach i dyskotekach. Ich miejsce zajmują sprzedawcy czekoladowego ciasta, które dobrze się sprzedaje wśród turystów. Od czasu do czasu plac przecinała zmęczona całonocną balangą grupka turystów, jedna mieszana para, turystka z miejscowym, i śpieszący już do pracy ludzie. Gdy Plaza zalewa się już zupełnie słońcem, do boju przystępują liczni naganiacze, na wycieczkę, do restauracji na śniadanie, do nowo otwartego super hotelu z gorącą wodą 24h na dobę.

Michał pojechał obejrzeć Machu Picchu. Zostałam z moim ukochanym miastem sam na sam. Pomimo spędzonych tu sześć lat temu tygodni, Cuzco wciąż stanowi dla mnie zagadkę i chyba tak już zostanie. Zawsze na powrót gubię się w labiryncie jego wąskich wyłożonych kobaltem ulic, kamiennych ścian zbudowanych z idealnie pasujących do siebie ogromnych głazów, które za sprawą cudownej inkaskiej mocy stwórczej (brak betonu, ani żadnego spoiwa) od szesciuset lat stoją nienaruszone. Z ogromną radością wspinam się po stromych uliczkach. Próbuję się utrzymać na wąskich kamiennych chodnikach, na których z ledwością mieści się jeden pieszy i trzeba uważać na pędzące tradycyjnie ubrane Indianki z gór, które w pasiastych chustach na plecach noszą niemowlęta albo inne pakunki. Mieszkanki górskich wiosek są raczej nieśmiałe, ciężko z nimi nawiązać kontakt. Czasami tylko obdarują rozmówcę świetlistym uśmiechem i wtedy przez krótką chwilę słońce odbija się w złotych koronkach, które niczym ramki oprawiają ich białe zęby. Jednak, gdy z naprzeciwka zbliża się rozpędzona Indianka, a jej dwa zakończone pomponami warkocze wysoko podskakują do góry, to trzeba szybko zejść z drogi. Indianka, choć drobna, jest jak walec, nigdy nie ustąpi.

Długo kluczę ulicami miasta w poszukiwaniu mojej ulubionej restauracji „Los Perros”. Niestety, fantastyczny niegdyś wystrój uległ zmianie. Poprzednio obszerne wnęki w ścianach wypełnione były powyginanymi, kolorowymi gromnicami. Dziś ich miejsce zajmują eleganckie gablotki z winem. Kiedyś była to jedyna restauracja na tej ulicy, teraz są ich dziesiątki. Wszystkie włoskie, ale serwujące dania kuchni meksykańskiej i lokalnej.

Spaceruję na Plaza San Blas, kameralny, hipisowski placyk jak zawsze pełen jest sprzedawców biżuterii. Jeden z kolorowo ubranych mężczyzn gra na gitarze. Nieopodal rozstawiła swoje aluminiowe gary stara Indianka. Gdzie są gary tam restauracja. W menu jedna pozycja, pożywny rosół z ćwiartką kurczaka. Coraz to węższymi uliczkami wspinam się wyżej i wyżej. W końcu schody donikąd się kończą, nie ma dalszej drogi. Wokół są już tylko góry na których starannie wypalony jest herb miasta, dumny napis „Viva El Peru glorioso”. W malowniczej dolinie morze czerwonych, glinianych dachówek, w samym środku pustoszejąca już Plaza de Armas. Słońce powoli znika za pagórkami, nie ma do czego wystawiać już twarzy. Nie mogę się już doczekać aż jutro wzejdzie znowu i rozpocznie swój codzienny rytuał, grę w kolory.

Agi

Sprzedawczyni ziołowych naparów na różne dolegliwości - bardzo popularne w Peru.

Sprzedawczyni ziołowych naparów na różne dolegliwości - bardzo popularne w Peru.

2

Próba przed parafialnym teatrem przy Iglesia de San Pedro.

Próba przed parafialnym teatrem przy Iglesia de San Pedro.

Plaza de Armas.

Plaza de Armas.

5

Tańce uliczne.

Tańce uliczne.

Ulice Cuzco.

Ulice Cuzco.

Oranżada po peruwiańsku czyli "Inca Kola".

Oranżada po peruwiańsku czyli Inca Kola.

9

Iglesia de la Compania de Jesus.

Iglesia de la Compania de Jesus.

Różne odmiany choclo czyli kukurydzy.

Różne odmiany choclo czyli kukurydzy.

Rocznica ślubu czy komunia święta?

Rocznica ślubu czy komunia święta?

Panie, kup Pan robaka, świeże są. Żaby też mam, na soczek.

Panie, kup Pan robaka, świeże są. Żaby też mam, na soczek.

14

15

16

Pani bardzo się oburzyła, że robię jej zdjęcie, ale przeszło jej, gdy dowiedziała się, że chodziło o "venta de cuy" czyli sprzedaż świnki morskiej.

Pani bardzo się oburzyła, że robię jej zdjęcie, ale przeszło jej, gdy dowiedziała się, że chodziło o venta de cuy czyli sprzedaż świnki morskiej.

Świnka morska, gotowa do pieczenia.

Świnka morska, gotowa do pieczenia.

Boliwia
2010-08-12

Salteñas y Paceña

La Paz, 20 lipca 2010

Uwielbiam La Paz. Trudno nazwać to miasto pięknym, na pewno nie według europejskich kanonów piękna. Ale jest to jedno z tych miast, w których czuję się dobrze, gdzie dni mijają szybko i miło. Miasto, do którego podróżnik przyjeżdża na chwilę a zostaje na długo, gdyż ciągle wydaje mu się, że dopiero przyjechał, że jeszcze raz przed wyjazdem chciałby pójść rano na rynek zjeść świeże salteñas i wypić sok wyciskany z mandarynki, że jeszcze raz wyskoczy do pijalni piwa, w której nie można kupić nic oprócz litrowych butelek lokalnego browaru „Paceña”, że jeszcze raz wespnie się, którąś z ulic prowadzących w górę od El Prado, aby rzucić okiem na panoramę miasta, w nadziei, iż być może tym razem wiatr rozwieje smog i uda się zrobić lepsze zdjęcia. Bo La Paz to miasto magnes. Tylko tutaj przy butelce „Paceñii” można się dowiedzieć takich rewelacji jak np. to że w „Gwiezdnych Wojnach” w knajpie na planecie Tatooine, kosmici mówią między sobą w Aymara i Keczua. Sekret ten zdradził nam basista z „orkiestry tropikalnej”, który przysiadł się do nas na chwilę a wstał od stolika po dwóch godzinach.

Już wjazd do La Paz jest przeżyciem. Niezależnie od tego, z której strony się przybywa, oczom ukazuje się szeroka dolina a na jej stokach chaotyczna zabudowa. Jadąc górą, widać morze budynków w dole. A gdy zjedzie w dół, na obu stokach doliny wyłaniają się pnące się ku niebu dzielnice. My wjechaliśmy do miasta o piątej nad ranem i przez pół godziny a na przeciwległym zboczu migotały tysiące świateł, które gęstniały w miarę jak zbliżaliśmy się do centrum stolicy.

Każda ulica wokół Plaza de San Francisco zapchana jest straganami i budkami, w której mieszkańcy Altiplano sprzedają najróżniejsze wyroby, zjeżdżając się z całej prowincji. Codziennie setki micros (małe busiki), trufis (większe), taxis compartidos (duże taksówki, gdzie upycha się ludzi, którzy potem dzielą się rachunkiem) suną górą i dołem doliny, wwożąc do miasta handlarzy. Indianki w cholas, poncho i zamszowych spódnicach rozkładają swoje kramy z ciastkami, bułkami, owocami, prażonymi orzechami mani, smażonymi choclo (lokalna kukurydza), gotują obiady w starych kotłach na przenośnych palnikach. Najbiedniejsze albo najbardziej zdesperowane siedzą często z dzieckiem wystającym z przerzuconego przez plecy brudnego pledu i oferują landrynki na sztuki z torebki, którą same kupiły w sklepie kilka kroków dalej. Handel trwa do późnych godzin nocnych a oferowany asortyment produktów nigdy nie przestał mnie zadziwiać. Którejś nocy, wracając z lokalnej piwiarni w towarzystwie Polaków spotkanych w La Paz, natknęliśmy się w kolejce do ulicznego sprzedawcy hamburguesas de chancho, na mężczyznę, który usiłował sprzedać nam atrapę odciętego, ludzkiego palca. Wyglądał bardzo naturalnie, cały zakrwawiony. Ponoć należał do brata sprzedawcy. Jeżeli na jakiejś ulicy nie ma handlu w ciągu dnia to jedynie dlatego, że jest zapchana samochodami. Całe La Paz stoi w korkach od świtu do nocy.

Wszystkie stragany z odzianymi w kolorowe stroje Indiankami wypadają jednak blado przy Targu Czarownic (Mercado de Hechiceria), mieszczącym się zaledwie kilka ulic wyżej od naszego hostelu. Pełno na nim turystów, jednak nie zatracił jeszcze autentyczności. Tutaj kupuje się dary dla Pachamamy, Matki Ziemi, patronki żyznych zbiorów, tej samej której poświęcany jest pierwszy haust piwa wylewany w każdej knajpie, w każdym domu na ziemię, zanim przystąpi się do picia. „Pa´ (para) Pachamama” – „Dla Pachamamy” – mówią. Wśród darów są płody lamy, spirytus, wino, kolorowe cukierki i ciasteczka ulepione z modeliny, konfetti, splątane kolorowe włosie alpaki, suszone rośliny o wielkiej mocy, bardzo popularny rumianek i ogromne liście przypominającego aloes sukulenta, którego miąższ sprawia, że można ujrzeć Św. Piotra, itd. Na stoiskach są również starożytne inkaskie talizmany z gliny, sowa – na mądrość, Inti (słońce) – na wewnętrzną równowagę i energię, ropucha – na bogactwo, żółw – zdrowie i długowieczność, puma – strażniczka domowego ogniska, kondor – bezpieczna podróż. Dary dla Matki Ziemi mają największą moc jeśli w ofierze składa je kapłan, który spala zawiniątko pełne podarków na stokach El Alto.

W La Paz jest jeszcze jeden fenomen: uprawiające zapasy tradycyjne kobiety – „Las Cholitas”. Już sama ulotka zapraszająca na wydarzenie jest interesująca. Na prymitywnej grafice będącej mozaiką fotografii cholitas oraz ich męskich przeciwników (Spiderman, Super Ninja, Miażdżyciel, Cygan, Momia Negra Africana) widnieje fotografia roznegliżowanej pary zastygłej w miłosnym uścisku i zaproszenie do odwiedzenia najlepszej szamanki w mieście, która świadczy następujące usługi: przejść do porządku dziennego po stracie ukochanej osoby, leczenie traum, odczynianie uroków, zaklęcia miłosne, wyzbycie się zazdrości itd., pierwsza wizyta gratis plus wyjątkowy talizman w prezencie.

Wskakujemy do colectivo i jedziemy do „hali sportowej” w górnej dzielnicy miasta El Alto. Gdy dochodzimy do budynku, przeskakując przez stróżki moczu, które spływają od murów hali, robi się już ciemno. Wchodzimy do pomieszczenia, kiedy show już trwa. Pite jest piwo, jedzony popcorn i kanapki z lokalną odmianą pasztetowej oraz cebulą. Tłum ryczy dopingując swojego faworyta, kciuki wędrują w dół. Masy są żądne krwi. W dramatycznych momentach z widowni na ring lecą zgniłe mandarynki i plastikowe butelki. Gdy cholitas w długich spódnicach, z dwoma czarnymi warkoczami, w swoich sandałkach stają na linach, w rogu ringu i rozkładają szeroko ramiona by zagrzać publiczność do dopingu przypominają mi się sceny z „Titanica”. Niektóre są naprawdę twarde i widać, że widowisko sprawia im radość, inne, dopiero pewnie początkujące, wydają się być niepewne i asekurują się przed atakiem w typowo kobiecy sposób, np. kuląc się. Podczas ostatniego pojedynku walczą mężczyźni, Miażdżyciel z Momia Negra Africana (mój ulubiony bohater, ze względu na wyszukany pseudonim) i to już jest prawdziwa wolna amerykanka. Zapalają się światła, a zawodnicy walczą wśród publiczności. W ruch idzie wszystko co wpadnie im w ręce, pojawia się też prawdziwa krew. Latynoskie machismo przejawia się podczas walk m.in. tym, że sędzia często dokłada kobietom od siebie, gdy np. leżą na ringu, miażdży im palce, albo daje kopniaka. Wszystko to oczywiście „wrestling”, walka udawana i to nie na najwyższym poziomie. Ale tłum reaguje jakby oglądał walki rzymskich gladiatorów.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego tak miło i beztrosko upływają nam dni w La Paz. Zamieszkaliśmy w niepozornym hostelu „El Solario”, który od tygodni jest bazą wypadową kilku Polaków, którzy od bardzo dawna przemierzają świat. Marta i Bartek od ponad dwóch lat są w podróży. Miał być rok, ale się wydłużyło. Przyjechali do La Paz na rekonwalescencję, Marta złamała nogę jadąc na motorze po bezdrożach Boliwii. Ale wcale się tym nie martwi, przynajmniej się hiszpańskiego nauczy przez te kilka tygodni uziemienia. Po kilku dniach dojechał do nich Marcin, prosto z Wyspy Wielkanocnej, gdzie oglądał zacmienie słonca. Iza i Kamil wystartowali z Singapuru. Miał być powrót do Polski z pracy na obczyźnie, ale już ponad dwa lata jeżdżą po świecie na motorach i zanosi się, że jeszcze drugie tyle przed nimi. Do Polski wracają przez Afrykę i Amerykę Południową. Cudownie jest pobyć wśród Polaków, komunikować się półsłówkami, odkryć, że fascynują nas podobne rzeczy, że za tym samym tęsknimy. Znajomy dowcip, butelka wina w pokoju. Wspaniale jest porozmawiać z kimś, kto doskonale rozumie dlaczego warto zrezygnować z pracy, wygody i uporządkowanego życia. A już myśleliśmy, że jesteśmy ostatnimi gburami, odludkami. Nużyły nas przelotne znajomości zawierane w hostelach i small talk, jak długo w podróży, a dokąd jutro, a co najfajniejsze i powtarzanie w kółko tego samego. Poznaliśmy wspaniałych ludzi po drodze z różnych stron świata, ale z Polakami jest inaczej.

A ostatnim, choć bardzo istotnym powodem naszego pobytu w La Paz jest odzyskiwanie sił witalnych po sześciotysięczniku. Nie myśleliśmy, że nasze organizmy będą potrzebować aż tyle czasu, żeby wrócić do równowagi, że Huyana Potosi wyssie z nas aż tyle energii witalnej. Pewnie jutro na śniadanie znów będą salteñas, a po kolacji „Paceña”. Musimy wypocząć przed setkami kilometrów, które dzielą nas od Ekwadoru, a które postanowiliśmy pokonać drogą lądową. Przez Copacabanę, nad jeziorem Titicaca wjedziemy do Peru, tam Cuzco i Machu Picchu, a potem już Ekwador.

Mustasze

Plaza San Francisco w La Paz.

Plaza San Francisco w La Paz.

La Paz.

La Paz.

Boliwijski wrestling, w którym walczą cholitas, czyli XX.

Boliwijski wrestling, w którym walczą cholitas.

4

Spiderman contra La Loca.

Spiderman contra La Loca.

Wygrała kobieta.

Wygrała kobieta.

Mieszkanki Altiplano.

Mieszkanki Altiplano.

10

Górne dzielnice La Paz.

Górne dzielnice La Paz.

Ususzone płody lamy sprzedawane na Rynku Czarownic, na ofiarę dla Pachamamy.

Ususzone płody lamy sprzedawane na Rynku Czarownic, na ofiarę dla Pachamamy.

12

Kamil, który od ponad dwóch lat podróżuje po świecie z żoną Izą pomaga nam z galerią na blogu. Agi ozdabia gips Marty, która złamała na motorze nogę na bezdrożach Boliwii.

Kamil, który od ponad dwóch lat podróżuje po świecie z żoną Izą pomaga nam z galerią na blogu. Agi ozdabia gips Marty, która złamała na motorze nogę na bezdrożach Boliwii.

2010-08-05

6088

La Paz, 16 lipca 2010

Od tamtego czasu minęły ponad dwa tygodnie, a ja wciąż masuję swój duży palec u lewej nogi, żeby przywrócić mu czucie. Diagnoza – delikatne odmrożenie. Cena jaką niekiedy trzeba ponieść idąc wysoko w góry.

Huayana Potosi, 6088 m n.p.m., położyła kres naszym trwającym już od jakiegoś czasu sprzeczkom o dalszą trasę podróży. Michałowi zależało na Boliwii, po której ja podróżowałam kilka lat temu przez dłuższy czas. Boliwia jest fascynująca, ale i wymagająca. Rozmowy nad sensem i motywami odwiedzenia tego leżącego wysoko w Andach kraju ustały w Chile, gdy spotkaliśmy dwójkę młodych Belgów, którzy z błyskiem w oku opowiedzieli nam o magicznej górze – Huayana. Błysk pojawił się nagle i w moich oczach, a Michał wiedział, że Boliwię ma jak w banku.

Zrobiliśmy mały rekonesans agencji oferujących wyprawę na szczyt. Adolfo, właściciel „Adolfo Andino” ujął nas swoim profesjonalizmem, a raczej wziął na dobry marketing. Jesteśmy nieźle zaklimatyzowani, bo od ponad tygodnia przemierzamy boliwijskie Altiplano, rzadko zjeżdżając niżej niż 4000 m. Robimy jeszcze tylko mały obchód po La Paz w poszukiwaniu prawdziwej czekolady oraz baterii i jesteśmy gotowi na spotkanie z górą.

Rozklekotanym samochodem przedzieramy się przez tumany kurzu. Zatrzymujemy się co jakiś czas, aby popatrzeć na ośnieżony ogromny szczyt wyrastający na horyzoncie. Coraz głębiej wjeżdżamy w mgłę kurzu, tymczasem Huayana Potosi zdaje się rosnąć w oczach. Docieramy do pierwszego base campu, gdzie do naszego samochodu podchodzi niski, krępy Boliwijczyk, który przejmuje od kierowcy mały karton z prowiantem. Rodolfo, nasz przewodnik wydaje się nas nie zauważać, ignoruje również nasz „hola”. Nic to myślimy sobie, może zły dzień ma.

Po skromnym posiłku wskakujemy w odblaskowe stroje przypominające kombinezony narciarskie z lat osiemdziesiątych, czekany w dłoń, raki na plecy i marszem do jęzora lodowca. Przechodzimy krótkie przeszkolenie podczas, którego Rodolfo wypowiada minimalną ilość słów i dostajemy tak zwany czas wolny. Wspinaczka lodowa sprawia mi dużą frajdę. Ku własnemu zdziwieniu nie czuję strachu przed stromizną, a każda kolejna ścianka daje mi ogromną satysfakcję. Po powrocie do schroniska jemy kolację. Przy stole siedzi kilka osób z całego świata, niewielu jest przypadkowych turystów, raczej sami zapaleńcy-alpiniści. Nad drewnianym stołem unoszą się historie. Że Messner poszedł zbyt bardzo w politykę, jak najtaniej wejść na Aconcaguę, o tym, że wielu Polaków zdobywa najwyższe szczyty świata zimą, itd. Przewodnicy siedzą w swojej grupce i też rozmawiają, oprócz Rodolfo, który milczy. Wymieniają się opiniami na temat bardzo intratnej pracy tragarza w Argentynie, czy tego, że prowadząc gringo ze Stanów Zjednoczonych trzeba na każde podejście liczyć dwa razy więcej czasu niż z innymi. W końcu zasypiamy na strychu. Trzydzieści śpiworów. Trzydzieści nadziei na zdobycie szczytu. Za oknem hula mroźny wiatr, a ja zamykam się w ciepłym kokonie.

Drugiego dnia idziemy do wyższego schroniska. Trzygodzinną wspinaczkę urozmaicają piękne widoki. Krajobraz przywodzi na myśl Park Narodowy Mt. Cook w Nowej Zelandii. Szafirowe jezioro wulkaniczne, biały jęzor lodowca spływający do szarego, niewielkiego zbiornika wodnego, kępy wysokich żółtych traw. Docieramy w końcu do schroniska, zbaczając po drodze ze szlaku, ponieważ Rodolfo zniknął nam z oczu. Resztę dnia spędzamy na odpoczynku, zbieramy siły na nocny atak szczytu. Staję na zboczu urwiska, tuż przy schronisku, patrzę w dal i widok wydaje mi się skądś znajomy. Okno samolotu! Taki właśnie krajobraz rozciąga się czasem z okrągłego okna samolotu. Jesteśmy ponad poziomem chmur, coraz bliżej szczytu, coraz bliżej nieba.

Późne popołudnie. Wszyscy przyklejamy się do zachodniej ściany kamiennego schroniska i wystawiamy twarze na silne słońce. Każdy chce wziąć nieco ciepła na zapas, wyciągnąć z niego tyle energii, żeby przetrwać trudny marsz. O 18.00 wszyscy leżymy już w śpiworach, choć króluje bezsenność. Każdy po swojemu zmaga się z wysokością 5400 m n.p.m, prawie nikomu nie udaje się zasnąć. Chrząknięcie, kaszel, ktoś przekręca się z boku na bok. Za oknem, inaczej niż wczoraj panuje złowroga cisza. Znów wszystkie myśli krążą wokół góry, każdy zastanawia się jak będzie, czy uda się dojść na szczyt.

Chyba zasnęłam na jakiś czas, bo słysząc panujące wokół poruszenie przez chwilę nie wiem gdzie jestem, ani co się właściwie dzieje. Gdy łączę chaotyczną układankę w całość, ciężko przełykam ślinę. Więc to już teraz, wybiła godzina zero, również dosłownie. Nadeszła chwila którą w głowie przerabiałam wiele razy, na którą czekałam, której się obawiałam. Huayana Potosi jest uważana za łatwą technicznie górę, na którą nie trzeba mieć górskiego doświadczenia. Wystarczy silna wola. Wystarczy pod warunkiem, że nie zetnie mnie z nóg choroba wysokościowa. Na razie czuję się nienajgorzej, boli mnie trochę głowa, mam lekkie mdłości, ale nie ma tragedii

W ciemnościach, z latarkami na głowach każdy próbuje odnaleźć swój sprzęt. A ja i Wonsu dodatkowo próbujemy odnaleźć Rodolfo, z którym nie jesteśmy w najlepszych stosunkach. Nagle mignął mi, rzucił krótko „Vamos” i zniknął w ciemnościach. Gdy wyszliśmy przed schronisko nie było tam już nikogo. „Rodolfo, Rodolfo…” Nikt nie odpowiadał na nasze wołanie. Dochodziły nas z oddali głosy innych przewodników. Idąc w ich kierunku zeszliśmy na oślep po skalistym, stromym zboczu, gdzie wszyscy zakładali już raki. Nad nami zarysowała się ciemna sylwetka przewodnika. Okazało się jednak, że to Ireneo, drugi przewodnik z naszego biura, z którym Rodolfo postanowił się zamienić na klientów, sam biorąc na linę parę cudownych Argentyńczyków, z którymi zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić. No dobra, idziemy z Ireneo. Rodolfo jest już nad nami z Argentyńczykami i pną się pod górę.

Na początku idziemy po lodzie. Nikłym strumieniem latarki migają mi tylko przepastne szczeliny. Potem maszerujemy szeroki stokiem, który na przemian jest stromy, to znów prawie zupełnie płaski. Krok za krokiem. Czuję przypływ adrenaliny, dużo energii. Dziwi mnie nawet, że po dwóch godzinach marszu, niedaleko Campo Argentino, coraz bardziej zwalniamy, stawiamy mniejsze kroki. Aż w końcu niewielka postać przed nami, Ireneo pada na kolana i okropnie kaszle, krztusi się aż w końcu zwymiotuje. Potem serdecznie nas przeprasza i mówi, że musi niestety wrócić do schroniska. Biedak jest przeziębiony, a od kilku dni codziennie wchodzi na szczyt. Organizm się zbuntował.

Poimy go, dajemy cukierki na ból gardła. Ireneo podnosi się w końcu na nogi i słabym głosem nawołuje w ciemnościach Rodolfo. Ten, w typowy dla siebie sposób nie reaguje. Więc Ireneo w akcie desperacji próbuje powierzyć nas przypadkowej parce chilijskich alpinistów. Na szczęście bez rezultatu. I tak stoimy w środku nocy, na środku białej góry, otoczeni gęstą, nieprzeniknioną ciemnością. Nad nami oddalają się jednostajnie malutkie światła czołówek ułożone w harmonijny łańcuch. My stoimy, Ireneo klęczy i wymiotuje. Ja wiem, że do schroniska wrócę tylko, żeby odprowadzić chorego Ireneo, ale zaraz potem chcę na szczyt. Ireneo jeszcze raz nawołuje Rodolfo. Bez odpowiedzi. W końcu Wons wpada w szał i krzyczy naprawdę głośno. Krzyk słyszą Argenyńczycy, którzy siłą zatrzymują przewodnika. Ireneo schodzi do schroniska z pierwszą grupą, która odpuściła dalszą wspinaczkę i zawraca do schroniska. Dochodzimy do przewodnika, który dwie godziny temu nas porzucił, żeby teraz wysłuchać agresywny wykład na temat tego, że na Boliwijczyka się nie podnosi głosu, po czym z wielką łaską podpina mnie i Michała na swoją linę asekuracyjną tak, że teraz, razem z Argentyńczykami jest nas piątka.

Po tej całej przygodzie czuję jeszcze więcej sił, więcej energii. Po kolejnych godzinach monotonnego marszu zaczyna się robić przerażająco zimno, temperatura spada poniżej -20°C. Wbijam tępo wzrok w oświetloną moja czołówką plamę śniegu. Idziemy bardzo wolno, zatrzymując się co kilka kroków. Koncentruję się tylko na śniegu, który niezmiennie jest biały. Podnoszę głowę, z prawej strony rozciąga się przede mną morze światełek. Nie składa mi się to w całość. Myślałam, że ze schroniska wyruszyło najwyżej 30 osób, a tu nagle tylu ludzi, wszyscy rozproszeni w nieładzie? Nie, to gwiazdy, które wydają się być na wyciągnięcie ręki. Z lewej strony wspinacze – zwarty klucz świetlików. Gdzieś dalej szczyt, który musi być już coraz bliżej. Krótki postój. Odwracam się ku podnóżu góry. Daleko na dole migocze całe morze świateł, to El Alto, mieszkańcy stolicy śpią teraz w ciepłych łóżkach. A my krok za krokiem. Płaski fragment, myślę z ulgą. Ale to rozluźnienie okazuje się być zgubne. Dopada mnie ogromna senność. Czuję potężne zmęczenie, idziemy już z ponad sześć godzin. Wychodzą jednak pierwsze zbawienne promienie słońca, rysuje się kontur szczytu. Teraz mam pewność, że się uda. Pokonujemy ostatnią bardzo stroną grań, po której musimy iść zgięci wpół, ponieważ wieje okrutnie silny wiatr. Tutaj, mam pierwszy moment zawahania. Przerażają mnie przepaści po obu stronach grani, przeraża mnie fakt, że muszę stawiać stopę za stopą jak gdybym szła po niewidzialnej linie, że raz jest twardy lód, w który trzeba z całej siły wbijać raki, a raz gołe skały po których się ślizgam na metalowych szpikulcach.

W końcu, za pomocą czekanów, wspinamy się na stromy, wystający szczyt Huayana Potosi. Ten moment wart jest wszystkich ciężkich chwil, słabości i niewygód. Przed nami najpiękniejszy widok, cały świat u stóp i poniżej nas poranne słońce nieśmiało przebijające się przez różowe chmury. Widoczność jest wspaniała, dostrzegamy nawet odległe jezioro Titicaca na granicy z Peru. Nie wiem, czy to złudzenie, ale pierwszy raz dostrzegam kulistość globu ziemskiego. Nagle stwierdzenie „dookoła świata” nabiera innego wymiaru. W tym momencie, stojąc na szczycie, ze łzami przymarzającymi do policzków wiele rzeczy nabiera innego wymiaru. Czy otworzyłam właśnie kolejny fascynujący rozdział życia? Teraz wiem, że na pytanie góry, czy morze, odpowiedź będzie brzmiała: góry! Wyściskaliśmy się z parą Argentyńczyków, łącząc się we wspólnej radości. Nawet Rodolfo przemówił, co prawda krótko, ale zawsze: “Propina por subir a la cumbre” (hiszp. Napiwek za zdobycie szczytu.) Nikt nie wie do końca jak to się stało, ale w rezultacie byliśmy pierwszą grupą, która dziś zdobyła Huayanę. Po nas udało się to jeszcze czterem osobom, reszta z różnych powodów, musiała zawrócić.

Huayana Potosi nie jest górą trudną technicznie i zdobycie szczytu nie wymaga ani nadludzkiego heroizmu ani nadzwyczajnego przygotowania fizycznego. Potrzeba jednak sporo zaparcia i silnej woli, której nie wszystkim starcza. Nam się udało! A mój palec powoli odzyskuje czucie, więc czas na kolejne wyzwanie. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem to za jakiś czas, planujemy wejście na drugi najwyższy szczyt Ekwadoru, czyli Cotopaxi (5897 m n.p.m.).

Agi

P.S. Nie korzystajcie pod żadnym pozorem z usług firmy „Adolfo Andino”! Po powrocie do La Paz dowiedzieliśmy się, że „profesjonalizm” Rodolfo, z którym się spotkaliśmy nie był odosobnionym przypadkiem.

dd

Cmentarz górników z pobliskiej kopalni. W tle jeden z pierwszych widoków na odległą jeszcze Huayna Potosi.

df
fff

W drodze do drugiego schroniska.

Praktyka na lodowcu. W górę..

Praktyka na lodowcu. W górę...

..i w dół.

...i w dół.

ff
Refugio Alto. Ostatni przystanek przed siedmiogodzinnym atakiem na szczyt.

Refugio Alto. Ostatni przystanek przed siedmiogodzinnym atakiem na szczyt.

Zwycięstwo.

Moustache na szczycie.

Ponad chmurami.

Ponad chmurami.

12

Droga powrotna.

Droga powrotna.

14

2010-08-01

Salares de Uyuni

Uyuni, 10 lipca 2010

W pierwszych dniach lipca po bezdrożach niegościnnej i dzikiej południowo-zachodniej Boliwii, toczył się stary dżip. Gdyby ktoś zajrzał do środka w trakcie długich godzin jazdy, usłyszałby najróżniejsze języki świata. Melinda i Julian rozmawiają ze sobą po angielsku. Julian jest Meksykaninem a Melinda Amerykanką. Do nas mówią po hiszpańsku, ponieważ Melinda chce poćwiczyć swój castellano. A gdy chcą, aby nikt z pozostałych pasażerów nie rozumiał o czym mówią, przechodzą na…tajski, gdyż oboje spędzili sporo czasu w Tajlandii, na wymianie uczelnianej międzynarodowego klubu „Rotary” i tam właśnie się poznali. My zaś, gdy chcemy swobodnie pogadać, rozmawiamy po polsku. Za nami, na środkowych siedzeniach, siedzi para głuchoniemych Francuzów, która rozmawia w ze sobą w języku migowym, oczywiście dopóki nie zapada noc, gdyż wtedy całe wnętrze samochodu pogrąża się w ciemności. Z kierowcą samochodu, niejakim Hilarionem Chimba, reprezentującym w naszym samochodzie Boliwię, próbujemy się porozumiewać po hiszpańsku, ale sam Hilarion odpowiada, w zależności od humoru, albo po hiszpańsku, albo w Keczua, bądź też mieszając oba języki. A gdy chcemy porozmawiać z Melindą i Julianem tak, aby Hilarion nie wiedział o czym mówimy, przechodzimy na angielski. Jednak niezależnie od języka, wszyscy dogadujemy się doskonale. Tylko Hilarion nie może przez dłuższy czas zrozumieć dlaczego Francuzi nie mówią używając słów. Zapomina też, że nie tylko nie mówią, ale i nie słyszą i regularnie na postojach próbuje przywołać ich natarczywym klaksonem naszego rozklekotanego dżipa.

Z Potosi, docieramy do miasteczka Uyuni. Wygląda jak zapomniane przez Boga i ludzi miasto, gdzieś w środkowej Rosji za kołem podbiegunowym. Na przedmieściach witają nas obskurne, podłużne budynki przypominające baraki pomiędzy którymi walają się śmieci, wywiane przez silny wiatr z pobliskiego wysypiska. Do tego jeszcze wszechobecny kurz i jaskrawe słońce powoduje, że wszystko wydaje się czarno-białe. A jednak odnajduję w tym miejscu nieopisany urok, może ze względu na odmienność od wszystkiego co do tej pory widziałem. Sprawia mi przyjemność siedzenie na ławce przy głównej ulicy miasta i obserwowanie jego mieszkańców o odmrożonych policzkach. Zastanawiam się, jak wyglądałoby to miejsce gdyby nie dziesiątki turystów zjeżdżających tu z całego świata, aby zobaczyć niezwykłe krajobrazy okolic Uyuni. Czy w ogóle jeszcze by istniało? Czy po prostu stałaby tu jedna, kamienna budka ze stróżem kolejowym, pilnującym ważnego węzła kolejowego w południowej Boliwii i zawiadującym pociągami widmo na pobliskim cmentarzu lokomotyw?

Długo się zastanawialiśmy w jaki sposób przebyć słoną pustynię i wulkaniczne bezdroża. Nie chcieliśmy dołączyć do tłumów turystów w dżipach. Poza tym nasz budżet kurczy się z dnia na dzień. Ale nie mamy własnego transportu a pieszo daleko byśmy nie zawędrowali, szczególnie że temperatury spadają nocą nawet do -15 C. Na szczęście, dzięki nawiązanym wcześniej znajomościom w Potosi, odnajdujemy osobę, która po bardzo dobrej cenie załatwia samochód z kierowcą i aprowizację. Dołącza do nas towarzystwo, które już przedstawiłem i ruszamy.

Hilarion Chimba nie jest rozmowny. Jest niskim Indianinem, z wiecznie spuchniętym policzkiem pod którym gromadzą się całe złoża koki. Jedynym wyjaśnieniem na nasze liczne pytania dotyczące napotykanych formacji skalnych, krajobrazów, jezior, solnisk, itd. jest „Son volcanicas” [Są pochodzenia wulkanicznego]. Trzeba jednak przyznać, że jest dobrym kierowcą i dba o nas.

Jedziemy przez obszar, który bardzo dawno temu był rozległym słonym jeziorem. A gdy jezioro wyschło, pozostało kilka salarów, słonych pustyń, na których piętrzy się sól. Całość sprawia wrażenie wypalonej ziemi, popękanej od gorąca w heksagonalne pola. Jednak słońce jest na pustyni tak samo złudne jak perspektywa. Gdy tylko chowa się za horyzontem, ogarnia nas ziąb, który przywodzi na myśl krąg polarny, szczególnie że różowo-błękitne niebo wygląda jak zorza polarna a krajobraz wokół jest biały, tyle że bez śniegu.

Po opuszczeniu Salares de Uyuni wjeżdżamy w krainę wygasłych wulkanów. Jedziemy pomiędzy nieprzyjaznymi wzgórzami, kępami popielatej trawy, gdzieniegdzie okrążamy jeziora nasączone siarką bądź innymi pierwiastkami, zawsze z dużą powłoką soli wokół zbiornika. W zależności od składu chemicznego, woda mieni się różnymi barwami. Poza wigoniami i nielicznym ptactwem (głównie różowe flamingi) na nagich zboczach, upstrzonych wyrzuconymi niegdyś przez wulkany głazami, nie ma życia. Śpimy w małych osadach, przytulonych do skał w ochronie przed wiatrem. Siedząc pierwszego wieczoru, ze śpiworem owiniętym wokół nóg nad miską gorącej zupy warzywnej, przypomina mi się dolina Manangu w Himalajach.

Mieszkańcy, nigdy nie zdejmują czapek i mają stwardniałe od mrozu policzki. Mieszkają w domach o grubych ścianach, wykonanych z solnych cegieł, niekiedy z kamieni. Dachy pokryte są blachą albo rodzajem strzechy. Nawet meble w środku „solnych hoteli” wykonane są z soli. Wyglądają pięknie. W pierwszym z mijanych pueblos, Colchani, które leży niedaleko Uyuni, większość mieszkańców żyje z soli. Wyrabiają solną cegłę, solne rękodzieło, zbierają sól z salarów na eksport. Im dalej od cywilizacji, tym bardziej egzystencja mieszkańców ograniczona jest do tradycyjnych zajęć: uprawy rośliny zwanej quinua (komosa ryżowa), stanowiącej podstawę wyżywienia, oraz hodowli lam i alpak. Drobiu nie ma, większość równiny jest zbyt wysoko położona.

Nigdzie do tej pory nie widziałem tak pięknych krajobrazów. Przy dobrej pogodzie wśród gór można było dostrzec nawet wulkany w odległym Chile. Widzieliśmy gejzery buchające do góry strumieniami pary, syczące i bulgoczące pośród zastygłej lawy. Wielkie głazy na czerwonej ziemi, przypominającej powierzchnię Marsa. Gorące źródła wypływające z ziemi, roztapiające lód na zamarzniętych lagunach. Czasami barwy krajobrazu zdawały się zamieniać miejscami, jak we śnie szalonego pejzażysty: zielone kamienie, brązowa trawa, żółta ziemia. Raz jechaliśmy gołymi zboczami w kurzu, kiedy indziej brzegami różowych jezior a czasami pośród lasu zastygłych formacji wulkanicznych. Na białej jak kartka papieru pustyni od czasu do czasu natrafialiśmy na skalne wyspy najeżone masywnymi kaktusami. Wszyscy z wyjątkiem Hilariona, skupionego na tym, aby nasz dżip nie wpadł w żadną szczelinę albo dół, nie mogliśmy oderwać wzroku od tego nieziemskiego krajobrazu. Niekiedy dawaliśmy znak kierowcy, aby się zatrzymał jedynie po to, aby usiąść na ziemi i wpatrywać się w dal. A w tym czasie Hilarion, nie wysiadając z samochodu, wymieniał kulkę koki w swoim przepastnym policzku. Wyjmował foliową torebkę pełną suszonych liści koki z kieszeni nigdy niepranego dresu i wkładając je jeden po drugim do ust, mruczał jakby do siebie: „Son volcanicas”.

Michał

Uyuni.

Uyuni.

Cmentarzysko pociągów boliwijskich - 3 km za miastem.

Cmentarzysko pociągów boliwijskich - 3 km za miastem.

4

ffff

Wioska Colchani leżąca na granicy słonej pustyni.

6

Lama na hałdzie soli.
Zapluty karzeł reakcji.

Calineczek.

Salares.

Salares.

10

Isla del Pescado - wyspa skał i kaktusów na morzu pustyni.

Isla del Pescado - wyspa skał i kaktusów na morzu pustyni.

ff

Laguna Cañapa.

Flamingi.

Flamingi.

14

d

Laguna Idionda.

15a

Arbol de Piedra to podobno najbardziej fotogeniczna skała na Salares de Uyuni.

Arbol de Piedra to podobno najbardziej fotogeniczna skała na Salares de Uyuni.

18

Laguna Colorada o zachodzie słońca.

Laguna Colorada o zachodzie słońca.

Zdjęcie wykonane przez Mars Polar Lander.

Zdjęcie wykonane przez Mars Polar Lander.

Laguna XX.

Un lonely gringo.

nazwa wioski.

Lama z Villamar.

Tym 4x4 przebyliśmy pustynię.

Takim 4x4 przez trzy dni tłukliśmy się po bezdrożach.

Expedition Moustache.

Expedition Moustache.

2010-07-29

Z diabła w anioła

Potosi, 7 lipca 2010

Ciemny korytarz. Głowa obija mi się w kasku o niskie sklepienie. Najpierw idziemy w zimnej wodzie po kostki, wypożyczone kalosze od razu przemiękają. Ale im niżej zagłębiamy się w górę Cerro Rico, tym jest goręcej. I coraz mniej powietrza. Korytarze są tak niskie, że czasami musimy się czołgać. Od czasu do czasu mijamy szyby idące pionowo w dół. Jeden fałszywy krok i nie ma nas. Żadnych zabezpieczeń, drabinek ani barierek. Niekiedy przylegamy plecami do ścian, aby przepuścić wózek pchany przez dwóch górników. Mijają nas w milczeniu a w świetle czołówek przyczepionych do kasków widzę białka oczu, ubrudzone, zacięte spływające potem twarze i ogromne bulwy na policzkach. To liście koki przechowywane przez całe godziny w ustach. Tak dziś wygląda jedna z najsłynniejszych kopalni świata – Potosi.

Ale po kolei. Przemierzamy Boliwię jadąc na zachód. Pociągiem przez równinę docieramy do Santa Cruz. Stamtąd nocnym autobusem, wznosimy się stopniowo, wjeżdżając na Altiplano, płaskowyż, który jest kolebką boliwijskiej kultury. Rankiem docieramy do pięknego, wypieszczonego Sucre, konstytucyjnej stolicy kraju. Stamtąd ruszamy do Potosi, jednego z najwyżej położonych miast na świecie (4060 m n.p.m.).

Ostre, białe światło słońca. Zimne cienie budynków. Brązowe góry i wygasłe wulkany. Pokryte pyłem kamienne wioski. Indiańscy mieszkańcy o ogorzałych twarzach, zawsze z nakryciem głowy, chroniącym przez palącym słońcem, wyprowadzający stada lam albo osłów. Nagie zbocza pozbawionej roślinności kordyliery. Odkąd opuściliśmy Sucre, tak wygląda mijany krajobraz. W Potosi jest podobnie, tylko że słońce jeszcze ostrzejsze, powietrze jeszcze rzadsze. Czasami zapominamy jak wysoko jesteśmy, ale soroche (tak tutejsi w języku Keczua nazywają chorobę wysokościową) daje o sobie znać, gdy tylko przyspieszymy kroku albo idziemy pod górę. Mieszkańcy Potosi mają na soroche jedną radę: camina lentito, come poquito, duerme solito (spaceruj powolutku, jedz malutko, śpij samiuteńki – z charakterystycznymi zdrobnieniami dla hiszpańskiego z Boliwii).

Samo miasto nie przypomina górniczej, przykrytej pyłem mieściny. Tak jak brazylijskie Ouro Preto, również Potosi miało swój złoty wiek. W XVII wieku było większe od Paryża, nad miasto wystrzeliwały wieże 80 kościołów. Dzisiaj jest sennym miasteczkiem położonym wysoko w brunatnych górach, nad którym góruje Cerro Rico. Według legendy Huyana Capac, jedenasty władca Inków rozkazał swoim wasalom sprawdzić, czy góra kryje w sobie pokłady srebra, gdyż w pobliskim masywie istniały już inne inkaskie kopalnie. Jednakże gdy górnicy odnaleźli żyłę srebra w Potosi i zbierali się do powrotu, aby donieść o tym królowi, usłyszeli podobny do grzmotu głos: „Nie ważcie się tknąć srebra leżącego w tej górze, gdyż przeznaczone jest dla innych władców”. Później przybył Pizarro i tak przez blisko 300 lat, srebro z Potosi płynęło nieprzerwanym strumieniem do Madrytu. Hiszpanie sprowadzali setki czarnych niewolników do pracy w głębokich szybach, ale ci, nieprzyzwyczajeni do zimna Altiplano ani do wysokości umierali bardzo szybko. Wkrótce zaczęto więc wykorzystywać tylko miejscową ludność. Na początku XIX wieku srebro się wyczerpało i odtąd cyna, cynk i ołów były głównymi minerałami, jakie wydobywano z czeluści Potosi, chociaż ciągle znajdywane są niewielkie ilości srebra.

Jaskrawe, zimowe słońce zalewa market odwiedzany przez górników po drodze do kopalni. Z samego rana jedzą tu wielką michę gęstej, zawiesistej zupy, w której pływa ćwierć kurczaka, gotowane ziemniaki, ogromne ziarna lokalnej odmiany kukurydzy, rozgotowany ryż, jajko na twardo oraz suszone, czarne bataty. Następnie napychają sobie cały policzek koką, kupują butelkę gazowanej oranżady, czasem coś mocniejszego oraz kilka skrętów. To im wystarcza na cały dzień pracy, aż do późnego popołudnia. Koka dzięki swoim właściwością zabija głód, gasi pragnienie, znieczula ból, daje niezbędną do tej przekraczającej ludzkie siły pracy energię. Statystyczny czas pracy górnika wynosi 20 lat. Po 10 latach dokucza mu uporczywy kaszel, po 20 ma już pylicę płuc. Kurzu jest tyle, że na pylicę krzemową chorują nawet dzieci górnika, które wdychają kurz, osadzający się na jego ubraniu roboczym. W jednej ze spółdzielni górniczych powiedziano nam, że średnia długość życia górnika w Potosi wynosi około 40 lat.

Siedzimy głęboko w trzewiach góry. Gorąco, duszno. Jesteśmy w małej, klaustrofobicznej salce niewiele szerszej od prowadzącego do niej korytarza. Pod ścianą stoi straszna figurka. Ma ponad 300 lat, więc z oryginalnego kształtu figury zostało niewiele. Na bezkształtnym korpusie osadzona jest głowa, na której odznaczają się dwa robiące za oczy guziki. To El Tio, opiekun górników. Obwieszony girlandami z krepiny i kolorowego papieru, z niedopałkiem skręta w zębach, siedzi na cokole. Wokół panuje bałagan, to podarunki od górników: liście koki, papierosy, kawałki jedzenia, puszki po piwie i flaszki po czystym alkoholu. El Tio jest dla górników jak anioł stróż. A miał być diabłem, gdyż Hiszpanie straszyli nim górników, chcąc zmusić ich do jeszcze większego posłuszeństwa. Indianie jednak szybko zdali sobie sprawę, że ze „Złym” lepiej jest żyć w komitywie, gdyż wtedy będzie ich chronił. Zaczęli składać mu podarki i El Tio został ich opiekunem, dbając aby cało wrócili na powierzchnię ziemi po całodniowej harówce. Patrząc jak górnik podpala skręta, zaciąga się głęboko, aby rozpalić papierosa a następnie wkłada go w kamienne usta El Tio, zastanawiam się, czy rzeczywiście wierzy, że bożek będzie miał go w swojej opiece. Chyba tak, w końcu jesteśmy w kraju, gdzie wciąż zarzyna się zwierzęta w ofierze dla Pachamamy – Matki Ziemi.

Docieramy do szybu wyjściowego. Znowu woda, która zawsze zalewa korytarze na wyższych poziomach. Pył w ustach i na twarzach. Widzimy już światło wejścia. Zanim tam dotrzemy, musimy jeszcze raz usunąć się na bok, przepuszczając pusty wózek. Jeden górnik idzie z przodu, oświetlając korytarz, drugi pcha wózek z tyłu. Ten z tyłu podnosi głowę i pozdrawia nas. Latarka na moim kasku oświetla mu twarz. Wygląda na niewiele ponad 16 lat. Niech El Tio ma go w swojej opiece.

Michał

bbb

Market górniczy w Potosi.

2

gg

Sucre.

hh

Cerro Rico góruje nad Potosi.

jjj

Górnik przygotowuje otwór na dynamit.

6

fff

Julio i El Tio.

hh

Podarunek dla górników: papierosy i koka.

jjjj

Przed kopalnią.

Składnik andyjskiego przysmaku: zupy z krowich pysków.

Składnik andyjskiego przysmaku: zupy z krowich pysków.

jk

Mercado w Sucre.

fff

Mercado w Sucre.

kj

Sucre widziane z wieży kościelnej.

2010-07-25

Zombie u jezuitow

San José de Chiquitos, 29 czerwca 2010

Zmęczeni i głodni po nocnej podróży pociągiem, który kołysząc się na wszystkie strony dawał wrażenie podróżowania barką po wzburzonym morzu, w tempie 20km/h, dotoczyliśmy się do naszego pierwszego przystanku w Boliwii, jednej z kilku założonych w okolicy misji jezuickich. Ze wzrokiem wlepionym w obrazkowe menu podchodzimy powoli do lady miejscowej jadłodajni, która jest ubogim, lokalnym wydaniem amerykańskiego fast foodu. Lokal jest pełny, ale coś nie gra. Panuje niepokojąca cisza i dziwne napięcie. Na plecach czuję wzrok wielu osób. Odwracam się powoli i oblatuje mnie blady strach. Oczami wyobraźni widzę jak wlepiające w nas w milczeniu wzrok postaci podnoszą się powoli z krzeseł i zaczynają iść w naszym kierunku. Plan filmowy? Horror klasy B? Makieta do ekranizacji powieści Stephena Kinga? Zaraz wyjmą piły, siekiery, maczety?

Patrzymy na siebie. A wszyscy na nas. I nikt nie mówi ani słowa, jedzą w milczeniu. Te kilkadziesiąt zebranych w lokalu osób wygląda jak członkowie jednaj dużej rodziny, kazirodczy eksperyment. Jasna cera, błękitne, prawie przezroczyste oczy, proste, zgrabne nosy, wąskie, zaciśnięte srogo usta, blond włosy. Mężczyźni ubrani w granatowe ogrodniczki i schludne, wyprasowane koszule w kratkę. Na głowie słomkowy kapelusz, na nogach błyszczące sztyblety. Kobiety w smutnych, ciemnych, długich sukienkach, zapiętych pod sama szyję, z długim rękawem. Na nogach skręcone cieliste lub białe pończochy, na stopach wiązane staromodne botki do kostki. Od czoła po szyję biegnie boleśnie perfekcyjny przedziałek rozdzielający włosy równo na dwie strony, co do milimetra. Wysoko wsunięte nad obiema skrońmi „wsuwki” wydobywają kościste białe jak kreda połacie czoła, poprzecinane gdzieniegdzie niebieskimi żyłkami. Ta staranna fryzura odzwierciedla zapewne czystość duszy, bogobojność i pracowitość. Głowę przykrywa czarna chusta żałobna, na którą często wsunięty jest także kapelusz. Wielu członków tej „dużej rodziny” nosi przyciemniane okulary korekcyjne w metalowych cienkich ramkach spod których padają mrożące krew w żyłach spojrzenia. Dzieci są dosłownymi kopiami dorosłych, tyle tylko, że ubranka mają o kilka rozmiarów mniejsze. Michał tak wyobrażał sobie społeczności, które w Ameryce w XVIII wieku paliły na stosach czarownice.

Atmosfera jest na tyle nieprzyjazna, że jedyne co nam zostaje to zaprzyjaźnić się. Patrzę na jednego z mężczyzn, na jego granatowe ogrodniczki, potem na jego zestaw, ćwierć kurczaka, frytki i coca-colę i z nerwowym uśmiechem próbuję zagadnąć, pytając który zestaw sobie strzelił. Ściana. Mówię jeszcze raz. Wolniej, wyraźniej, już bez uśmiechu. Mężczyzna w końcu coś odmrukuje z bardzo silnym anglosaskim akcentem, ledwie otwierając przy tym szparę ust, jakby chciał zatrzymać wszystkie wypowiadane słowa tylko dla siebie.

Odbieramy swoje zestawy i idziemy usiąść w ogródku. Tam bez zmian. Obok nas przy stole siedzi czteroosobowa rodzina. Przed wgryzieniem się w panierowane udka kurczaków składają dłonie i w milczeniu szybko i mechanicznie odmawiają modlitwę. Dalej bez słowa przystępują do jedzenia. Jakbyśmy oglądali surrealistyczny, niemy film, nieco w charakterze „Domku na prerii”, a może bardziej w klimacie braci Coen „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Niemalże jedyną oznaką życia są nogi pięcioletniego chłopca dyndające pod stołem z dziecięca swawolą. Mały strąca łokciem leżący na stole kapelusz. Michał doskakuje, oddaje go matce. Kobieta wyrywa mu z ręki kapelusz, nawet na niego nie patrząc. Dwie dwudziestolatki przy drugim stoliku ciągle się odwracają w moją stronę, rzucają mi pełne jadu spojrzenia, patrzą z ukosa, nieufnie i z niesmakiem, głośno komentują między sobą w nieznanym mi twardym języku moje krótkie spodenki.

Trzeba przerwać to milczenie. Nie wiem dlaczego podeszliśmy akurat do tego człowieka, może dlatego, że wyglądał jakoś inaczej niż pozostali. Miał ciemniejszą cerę i łagodniejsze rysy. Okazało się, że znaleźliśmy się pośród społeczności mennonitów, których kolonia leży 50 km od San José de Chiquitos. Kolonie mennonitów rozsiane są po obu Amerykach, od Kanady po Ziemię Ognistą. Do Boliwii napłynęło ich szczególnie wielu w ostatnich dziesięcioleciach, gdyż ziemia jest bardzo tania. Żyją w zamkniętych społecznościach, uprawiając ziemię w bardzo staroświecki sposób. Praca jest dla nich największą wartością a emocje są zbędne. Tutejsi mennonici przybyli do wschodniej Boliwii głównie z Meksyku i Belize. Dziś poniedziałek, czyli dzień cotygodniowej wycieczki do „miasta”, sprzedaży produktów rolniczych, wizyty u dentysty, no i w lokalnym McDonaldsie. W poniedziałki po San José snują się zjawy w ogrodniczkach i długich spódnicach. Schludne, wyprasowane, milczące kontrastują z brudem i ubóstwem tego prowincjonalnego boliwijskiego miasteczka, które powstało jako misja jezuicka i ku naszemu rozczarowaniu nie ma do zaoferowania zupełnie nic oprócz trzech szesnastowiecznych, prostych i pozbawionych uroku budowli: kościoła, dzwonnicy i kaplicy.

Nasz rozmówca jest Meksykaninem. Podobnie jak nieliczni obywatele krajów Ameryki Środkowej przybył w latach 50. do Boliwii, skuszony niskimi cenami ziemi. Wraz z nielicznymi Latynosi stanowi wyraźną mniejszość w germańskiej społeczności mennonitów, którzy przybyli tu z Niemiec i Holandii. Rozmawiamy po hiszpańsku, choć często brakuje mu słów. Wyraźnie swobodniej czuje się rozmawiając w języku starogermańskim, którym posługuje się społeczność. Jest to jedyny język kobiet, które w castellano nie mówią ani słowa. Prawie całe życie przeżył w Boliwii, ale paszport ma meksykański.

Michał ze współczuciem patrzy na dzieci, które z resztkami świeżości i beztroski wtłaczane są już w ten surowy, bezkompromisowy styl życia sprzed stu lat. Ja staram się polemizować, bronić ich kultury, odrębności, która we współczesnym świecie globalizacji jest na wagę złota. Oskarżam Wonsa o etnocentryzm. Wypowiadam potok słów, ale nie wierze w ani jedno. Poddaję się. Zbyt wiele w ich oczach smutku.

Próbujemy wydostać się z zakurzonego San José. Jak to często bywa w Boliwii gubimy się w labiryncie dezinformacji i spóźniamy na ostatni autobus. Okazuje się, że mamy jeszcze szansę złapać pociąg nocny, który odjedzie o północy, a może o pierwszej, albo drugiej, zależy. Od czego zależy? Nie wiadomo. Zmarznięci i zmęczeni dochodzimy do dworca kolejowego. Tam niespodzianka. Sala szczelnie usłana błyszczącymi sztybletami i równo zawiązanymi damskimi botkami do kostki. Nasi starzy znajomi. Siedzą w milczeniu z oczami wlepionymi w pustkę. Nawet niemowlęta nie wydają z siebie żadnego dźwięku. Dochodzi pierwsza w nocy. Zdesperowani próbujemy dostać się do Santa Cruz na własną rękę. Michał znajduje śpiącego na przednim siedzeniu właściciela busika, który jak uzbiera komplet (osiem osób) wozi podróżnych do Santa Cruz. Okazuje się, że do kompletu jeszcze daleko, ale jakiś mennonita był wstępnie zainteresowany. Wonsu chcąc przejąć inicjatywę, pyta który to. Może uda się go wydobyć z homogenicznego tłumku zebranego na dworcu.

Kierowca odpowiada z rezygnacją:

-Panie, myśli Pan, że ja wiem który to był. Przecież oni wszyscy identyczni.

Agi

P.S. Chciałam dodać, że mój tekst ma oddać jedynie atmosferę mojego nietypowego spotkania z wyznawcami tej religii. Nie zmienia to faktu, że istnieje wiele odłamów mennonitów powszechnie cenionych na świecie za swoją pracowitość i doskonałą organizację, co widać nawet w Polsce, np. na Żuławach.

San Jose de Chiquitos.[/caption]

Mennonici.

Mennonici.

3

4

Zombies otaczają samochód.

Zombies otaczają samochód.

6

Brazylia
2010-07-23

W bagnie

Pousada da Santa Clara, 26 czerwca 2010

Z całego cyklu przygód Tomka Wilmowskiego, które czytałem w podstawówce, moją ulubioną historią jest ta zawarta w dwóch tomach: „Tomek u źródeł Amazonki” oraz „Tomek w Gran Chaco”. Nieprawdopodobne przygody w Ameryce Południowej, dziwne rośliny, dzikie zwierzęta i Indianie. Właśnie tego mi do tej pory brakowało. Natury. Ograniczeni podczas naszej „ekspedycji” do korzystania z publicznych środków transportu, nie mogliśmy zapuścić się na bezdroża i w nieprzebyte ostępy kraju prawie tak dużego jak cała Europa. Teraz nadarzyła się okazja.

Pantanal to największe bagno na świecie, zajmuje dwie trzecie powierzchni Polski, rozciągając się na dzikim pograniczu brazylijsko-boliwijskim. Przez setki kilometrów podróżnik widzi tylko mokradła i selwę. Mieszkańców jest bardzo niewielu. Kilka osad, a poza tym rozrzucone po ogromnym obszarze nieliczne fazendas (hacjendy) i pousadas. Rząd Brazylii planował kiedyś poprowadzenie szosy przez środek Pantanalu (tzw. Transpantaneira), ale na szczęście asfalt dociągnięto jedynie do Porto Joffre.

Tłuczemy się 12 godzin autobusem z miasta Cuyaba do miasta Campo Grande. Stamtąd kolejny autobus do Buraca da Piranhas (7 godzin).W końcu wysiadka. Dwa budynki i rozwidlenie dróg. W lewo asfaltowa szosa do granicy z Boliwią, w prawo piaskowa nitka wijąca się między roślinnością, jedyna droga w głąb Pantanalu. Niby jeszcze resztki cywilizacji, ale powietrze już inne. Ciepłe, wilgotne. Jak gdyby wszystko wokół pulsowało. Zmierzcha już, słońce zachodzi na nieprawdopodobnie różowym niebie. Wsiadamy do starego zdezelowanego dżipa, którego koloru nie sposób odgadnąć pod skorupą zaschniętego błota. Nasz kierowca w wytartych dżinsach, spranym t-shircie i kapeluszu nie jest rozmowny, chociaż jak każdy mieszkaniec pogranicza mówi również po hiszpańsku.

Jedziemy blisko pięćdziesiąt kilometrów w głąb Pantanalu. Samochód przejeżdża przez dziesiątki drewnianych mostów, które tworzą jedyną drogę przez mokradła. W końcu trafiamy na miejsce. Pousada Santa Clara. Jest już noc, wokół grupki drewnianych zabudowań. Słychać koncert ptaków i cykad. Po zostawieniu plecaków na górnym piętrze chaty, gdzie zamiast ścian jest moskitiera a zamiast łóżek hamaki, schodzę do łazienki. Jakieś zwierzaki odbiegają truchtem od drzwi. Psy? Idę za nimi aż do rzeki i świecę latarką. Słychać chlupot a potem ukazują się włochate głowy. To kapibary, największe na świecie gryzonie, gigantyczne świnki morskie.

W Pantanalu człowiek jest mniejszością, stanowi ledwie zauważalny element krajobrazu. Przyroda wgryza się w każdy element życia. Żuk wielkości kubka od kawy towarzyszy nam przy stole podczas śniadania. Na obiad przylatuje do pousady ogromna ara. Kajmany leżą leniwie na brzegu, albo wystawiają nozdrza i oczy z pobliskiej rzeki przez cały dzień. Około 4.30 rano nie możemy już spać, gdyż ptaki hałasują w gąszczu. Najwyraźniej słychać aracari oraz drących się bez opamiętania dzikich kuzynów kur, ale odzywają się też różne odmiany papug, ara maracana i inne. Podczas przejażdżki konnej po okolicznych łąkach, na których od czasu do czasu rosną grupki niezwykłych drzew cambara, ze stożkowatymi żółtymi kwitami, płoszymy pancerniki. Uciekają truchtem, kołysząc „kolczugami”.

Dni w Pantanalu to odpoczynek od miast, Internetu, ludzi. Wybieramy się tropić mieszkańców bagien. Najpierw jedziemy długo ciężarówką po znanej nam już, jedynej drodze. Po jakiejś godzinie zostawiamy samochód na poboczu, na granicy mokradła, i zagłębiamy się w gąszcz. Idziemy na przemian przez selwę i przez bagno, niekiedy nawet brnąc w wodzie po uda. Czasami na otwartej przestrzeni a kiedy indziej przedzierając się przez krzaki. Marcelo, nasz przewodnik upomina nas sykiem, za każdym razem gdy ktoś głośniej się odezwie a nawet, gdy pod stopami trzaśnie nam gałązka. Sam idzie na szpicy, ostrożnie odgarniając kłujące krzewy i wymijając szerokim łukiem figueiras, odmianę figowca, na którym często gnieżdżą się pszczoły i węże. Marcelo uważa, że dzikie pszczoły są niebezpieczniejsze niż anakonda albo jaguar.

Spodziewałem się lasu tropikalnego podobnego do tych w Indonezji albo Tajlandii, tymczasem natknąłem się na coś zupełnie nowego. Fantazyjne kształty figueiras, zwanych także zabójcą palm ponieważ często oplata się wokół jej pnia, powodując że usycha. Twarde krzewy podobne do agawy, na których rosną nieznane mi owoce (bardzo kwaśne w smaku). Tutejsze palmy, zupełnie inne niż azjatyckie obrośnięte są owocami acuri. W pewnym momencie Marcelo przynosi nam jakąś roślinę i ostrzega, aby nie dotykać nosa. Pocieram nią o wewnętrzną część dłoni. Po kilku minutach zabarwia się na niebiesko. To genipapo, używane przez tubylców jako barwnik ciała. Kolor zejdzie dopiero po kilku dniach intensywnego szorowania.

Dzięki dyscyplinie jaką zaprowadził Marcelo, safari obfituje w wydarzenia. Wytropiliśmy małpy bugio wysoko w koronach drzew, dzikiego kota coati, podeszliśmy parę przepięknych tukanów, do połowy schowaną w drzewie tarantulę, no i oczywiście kajmany. Ale w pewnym momencie.. Wychodziliśmy właśnie z kolejnego mokradła na suchy ląd, gdy Marcelo odwrócił się raptownie w naszym kierunku, przykładając w panice palec wskazujący do ust a drugą ręką przywołując nas do siebie. Podpełzliśmy w jego kierunku i ujrzeliśmy w gęstwinie wielkiego kota, który właśnie odwracał się od nas i obojętnie się oddalał. Przez kolejną godzinę przedzieraliśmy się przez gąszcz, usiłując dogonić pumę. Marcelo szeptał podczas marszu „Nawet nie wiecie jakie macie szczęście… trzy lata.. trzy lata temu widziałem ostatni raz pumę.” Już myśleliśmy, że zgubiliśmy trop, gdy nagle ujrzeliśmy ją w tym samym momencie co ona nas. Wstała z poszycia, przeciągając się leniwie, nie przejmując się w ogóle człowiekiem. Stała tak przez chwilę, po czym warknęła na wszelki wypadek i znowu skoczyła w gąszcz. Nie niepokoiliśmy jej więcej. A Marcelo upadł na kolana i przeżegnał się podnosząc oczy do góry, co przekonało nas ostatecznie, że rzeczywiście pumy są tutaj rzadko widywane i nie mówił tego jedynie po to, abyśmy byli zadowoleni.

Po kilku dniach spędzonych w bagnie, przekraczamy monumentalny most na rzece Paragwaj i wjeżdżamy do Boliwii, jadąc w przeciwnym kierunku niż Tomek Wilmowski i jego przyjaciele, którzy uciekali przed rewolucją w tym kraju. Teraz żadnej rewolucji nie ma, ale niedawne wybory wygrał powtórnie Evo Morales, pierwszy indiański prezydent w historii Boliwii, więc będzie ciekawie.

Michał

Pantanal.

Pantanal.

"Niezbędnik" mieszkańców Pantanalu.

Niezbędnik mieszkańców Pantanalu.

Jeden z wielu gatunków ogromnych ar zamieszkujących okolice. Przyfrunęła zwabiona naszym śniadaniem.

Jeden z wielu gatunków ogromnych ar zamieszkujących okolice. Przyfrunęła zwabiona naszym śniadaniem.

Marsz przez mokradła w poszukiwaniu anakondy i innych atrakcji.

Marsz przez mokradła w poszukiwaniu anakondy i innych atrakcji.

5

Wodne safari na Rio Miranda.

Wodne safari na Rio Miranda.

Kajman.

Kajman.

9

Puma - sześć metrów od nas!

Puma - sześć metrów od nas!

Zabawa w "kto pierwszy stchórzy" z kajmanami.

Kto pierwszy stchórzy...

Zmierzh na bagnach: feeria barw, koncert ptaków.

Zmierzh na bagnach: feeria barw, koncert ptaków.

Po zachodzie słońca bagna roiją się od kajmanów. Oto ich oczy podświetlone reflektorem z dżipa.

Po zachodzie słońca bagna roiją się od kajmanów. Oto ich oczy podświetlone reflektorem z dżipa.